Data: 2016-08-09

Ostatnio mieliśmy trochę pecha co do miasteczek i internetu. Nie mieliśmy jak zdać relacji. Poniżej najnowsze wieści co u nas. Już prawie polowa:-)

Naszą ostatnią relację zakończyliśmy w małej miejscowości wypoczynkowej o nazwie Reds Meadows z której planowaliśmy dostać się stopem do miasta o nazwie Mammoth Lake, gdzie planowaliśmy uzupełnić nasze zapasy na kolejne dni. Niestety tym razem nasz urok autostopowiczów nie zadziałał i do ML musieliśmy udać się kursującym tam busem.

W Mammoth Lake

Miasteczko Mammoth Lake okazało się przepięknym kurortem narciarskim o bardzo dobrze rozbudowanej infrastrukturze turystycznej, który i latem przyciąga bardzo wielu turystów z całego świata. My nieprzyzwyczajeni do zgiełku i hałasu chcieliśmy jak najszybciej załatwić nasze sprawy i udać się z powrotem na szlak. Po zakupach pewnym krokiem udaliśmy się na pobliskie pole kempingowe, które podobno nieodpłatnie miało gościć hikerow PCT. Niestety posiadane przez nas informacje były już nieaktualne…podobno rok temu kilku hikerow do tego stopnia dało się we znaki obsłudze campgroundu, że od tego roku zrezygnowano z bezpłatnego goszczenia hikerow. Po raz kolejny byliśmy więc zmuszeni do kombinowania i spędzenia nocy w pobliskim lesie. Nie przeszkodziło nam to jednak w świętowaniu 30 – tych urodzin Maćka:-)

W kierunku Yosemite

W ML spędziliśmy jeszcze jeden dzień po czym wróciliśmy do Reda Meadows. Z tego miejsca ruszyliśmy dalej na szlak w kierunku Parku Narodowego Yosemite. Przebywając nadal w górach HighSierra dotarliśmy do przełęczy Donahue, gdzie oficjalne rozpoczyna się Park Yosemite. Stamtąd kierowaliśmy się w stronę doliny o nazwie Toulomne Meadows, gdzie zameldowaliśmy się 15 lipca około południa. Tego dnia planowaliśmy zboczyć nieco z trasy  i udać się w odwiedziny do Yosemite Valley. Szybko łapiąc stopa po około 1,5 godzinnej jeździe znaleźliśmy się u podstaw sławnych ścian Half Dome i El Cap 🙂 Wrażenia z wizyty w Dolinie Yosemite nie do opisania, a ogrom wspomnianych ścian wprawia w osłupienie i niedowierzanie, że są tacy śmiałkowie, którzy wspinają się tam bez asekuracji:-) Sama dolina chociaż przepiękna, odstraszyła nas nieco swoim bardzo turystycznym charakterem. Ludzi jak na Monciaku w szczycie sezonu i do tego piekielny upał. Dlatego następnego dnia rano udaliśmy się z powrotem do Toulomne Meadows. Tam po bardzo obfitym obiedzie zaserwowanym przez jednego z Aniołów zostaliśmy jeszcze na jeden dzień. Następnego dnia odwiedziliśmy jeszcze biuro Rangera w celu wypożyczenia bear cannistrów, które wymagane są bezwzględnie na terenie całego Parku Yosemite. Zwiększyło to nieco wagę naszych plecaków, ale nikomu z nas nie uśmiechało się płacić pokaźnej kwoty mandatu, czy też co gorsza być pozbawionym jedzenia przez jednego z futrzatych mieszkańców parku:-)

Przez górskie przełęcze

Przez park Yosemitee wędrowaliśmy przez kolejne 4 dni. Następnie czekały na nas trzy dosyć spore przełęcze. Pierwsza z nich o nazwie Sonora Pass okazała się bardzo stromym podejściem o około 700 metrowym przewyższeniu. Droga która wiodła malowniczą granią w 100 procentach rekompensowała poniesiony trud. Kolejną przełęczą była już łagodniejsza Ebbeth Pass, która okazała się dla nas dosyć pechowa. Niestety w wyniku nieporozumienia rozdzieliliśmy się z Maćkiem i cały dzień upłynął nam na wzajemnym pościgu zboczami gór Sierra Nevada:-) Zakończył się on jednak sukcesem i wspólnym odnalezieniem siebie na szlaku:-) Na kolejnej przełęczy o nazwie Carssob Pass, czekała nas z kolei miła niespodzianka pod postacią talerza pełnego owoców zaserwowanego przez lokalnych aniołów.

Dnia następnego czekało nas łapanie stopa do kolejnego miejsca uzupełnienia naszych zapasów jakim było miasteczko South Lake Taho. 24 lipca znaleźliśmy się we wspomnianym miejscu, gdzie spędziliśmy niecałe dwa dni. Przed powrotem na szlak, odebraliśmy w miejscowości Twin Bridges nowy aparat fotograficzny, którego gotowość bojową mamy okazje zaprezentować w tym wpisie. Pozostawiając za sobą Lake Taho, pożegnaliśmy także góry High Sierra. Od teraz będziemy znajdowali się głównie na wysokości poniżej 2000 m n.p.m.. Krajobraz jaki towarzyszył nam przez kolejne kilkanaście dni to głównie bardzo suche tereny, bardziej przypominające nam dawno porzuconą pustynie, niż tak ulubione przez nas strzeliste  Góry Sierra Nevada. Co gorsza, podobnie jak na pustyni i w tym rejonie nie zawsze można liczyć na swobodny dostęp do wody. Podobnie i temperatura jest bardzo wysoko, co nie zawsze pozytywnie wpływa na tempo marszu. Ale my się nie poddajemy i dzielnie maszerujemy dalej 🙂 Polepszenie tempa marszu jak i wartko zbliżający się środkowy punkt szlaku Pacific Crest Trail wpływają na nas bardzo pozytywnie i z optymizmem patrzymy na kolejne kilometry naszej przygody:-)



Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *