Data: 2016-06-27

Opuszczając powoli tereny pustynne Południowej Kalifornii, 10 czerwca dotarliśmy do miasteczka o nazwie Tehachapie oddalonego o około 15 mil od szlaku PCT. Krótko co u nas, bo przez kolejne dwa tygodnie może być problem z internetem…

Głównym celem był „dzień zerowy” połączony z gorącym prysznicem, praniem i uzupełnieniem braków kalorycznych. Po zameldowaniu się na miejscu połączyliśmy się z siecią w celu znalezienia noclegu u jednego z wielu Trail Angeles mieszkających w Tehachapie. Niestety tego dnia nie dopisało nam szczęście, nikt z Aniołów nie odpisał na nasze błagalne prośby. Czekał więc nas nocleg na jednej z dzikich łąk w okolicach głównej krzyżówki miasteczka.

W poszukiwaniu noclegu
Spanie na dziko w takich miejscach nie jest oczywiście legalne, stąd każdy przejeżdżający samochód wzbudzał w nas poruszenie i obawy, że to patrol miejscowej policji. Rano po przebudzeniu udaliśmy się na kolejną sesję internetową w celu znalezienia noclegu na kolejny dzień. Tym razem los się do nas uśmiechnął 🙂 Julia i Chance okazali się kolejnymi Aniołami na naszej drodze i zaoferowali nam nocleg, prysznic, pranie czyli wszystko to na co czekaliśmy od prawie 2 tygodni szlakowej tułaczki. Dodatkowo Chance wieczorem urządził grilla, gdzie zaserwował nam swoje popisowe danie, czyli stek wołowy podawany z masched potatoes. Smak nie do opisania 🙂 Następnego dnia, wcześnie rano Chance odwiózł nas pod jeden z supermarketów, w którym mieliśmy zrobić zakupy na dalszy etap wędrówki. Niestety tego dnia szczęście opuściło nas na dobre. Po udanych zakupach delektując się zakupionym śniadaniem, awarii uległ nasz jedyny aparat. Niestety szybki research w internecie i próby samodzielnej naprawy aparatu przy pomocy multitoola otrzymanego od Hobby4Men, nie przyniosły oczekiwanego rezultatu.

Pożegnanie z pustynią
Zostaliśmy więc bez aparatu z jednym smartphonem (kilka dni potem Maćkowi popsuł się jego smartphon). Co dalej z tym fantem nie wiemy, ale póki co liczymy na wyrozumiałość jeżeli chodzi o jakość zdjęć. Zaistniały problem wydłużył nasz pobyt w Tehachapie do godziny 18:00. O tej godzinie udaliśmy się w stronę Autostrady 58, gdzie znajdowało się wejście na szlak PCT. Kolejne dni to powolne pożegnanie z terenami pustynnymi, które do samego końca nie dawały o sobie zapomnieć. Odcinek pomiędzy autostradą 58 a przełęczą Walkera jest najgorzej zaopatrzonym w wodę fragmentem Pacific Crest Trail. Dla nas oznaczało to dźwiganie około 6 litrów wody na prawie 40 kilometrowych odcinkach. Dodając do tego temperaturę w granicach 38 stopni otrzymacie pełen obraz tego z czym zmagaliśmy się przez kilka kolejnych dni. Dotarcie do przełęczy Walkera było niczym dotarcie do oazy na bezkresnej pustyni:-)

Autostop
Z Walker Pass czekała nas „wycieczka” do miasteczka Lake Izabella, gdzie planowaliśmy zrobić zakupy na kilka kolejnych dni i wysłać kilka paczek w przód na szlak. Po około 2 godzinach oczekiwania na stopa udało nam się wsiąść do samochodu. Na zabranie nas do miasteczka zdecydowali się Karen i Mike udający się w odwiedziny do swojej córki. Co ciekawe okazało się że matka Scotta była Polką o nazwisku Pająkiewicz 🙂 Droga do Izabella minęła nam bardzo szybko i przyjemnie. Mike i Karen zaproponowali wspólny lunch i podwózkę do supermarketu. Bez słowa zgodziliśmy się na zaproponowane warunki 🙂 Po zjedzeniu przepysznego meksykańskiego jedzenia udaliśmy się do marketu. Tam po raz kolejny doświadczyliśmy tego czym jest szlakowy „Magic”. Karen i Mike postanowili zafundować nam nie tylko meksykański lunch, ale także zakupy z podwózką na pocztę i z powrotem na szlak. Naszej reakcji nie muszę opisywać 🙂

Powrót na szlak…
Wdzięczni i naładowani optymizmem ok. 18 znaleźliśmy się na szlaku. Dalszy etap to już wspinaczka po coraz to bardziej stromych i eksponowanych terenach górskich. Celem na kolejne dni było dotarcie do tzw. Bramy Sierra Nevada, czyli do Kennedy Meaekws. Przez kilka ostatnich dni krajobraz zmienił się diametralnie. Z suchych pustynnych terenów przeszliśmy w zielone łąki otoczone wysokimi górami o skalistej budowie. W samym KM spędziliśmy dzień. Odebraliśmy paczkę, odpoczęliśmy i ruszyliśmy dalej w drogę, w stronę ośnieżonych szczytów High Sierra. Naszym najbliższym celem jest dotarcie do Vermilion Resort i wejście na najwyższy szczyt kontynentalny USA o nazwie Mt. Whitney. Niestety w tym rejonie nie będziemy mieli możliwość skorzystania z Internetu, dlatego specjalnie w celu skorzystania z sieci zeszliśmy ze szlaku do miejscowości Lone Pine skąd serdecznie pozdrawiamy. O tym jak poszła nam wspinaczka na Mt. Whitney i jak dużo śniegu zalega w Sierra Nevada opowiemy w następnej relacji:-)

Pozdrawiamy Grzesiek i Maciek:-)



Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *