Data: 2016-07-14

Pozdrawiamy z 1500 km szlaku Pacific Crest Trail. My już jesteśmy w Sierra Nevada i tutaj jest przepięknie 🙂 Poniżej relacja z tego co u nas. 

W urokliwym miasteczku o nazwie Lone Pine spędziliśmy dwa bardzo upalne dni (ok. 41 stopni w cieniu). Nocując na campingu oddalonym około 1 mili od centrum, próbowaliśmy poskładać do kupy nagrane relacje foto-wideo. Nie było to łatwe ze względu na brak dostępu do prądu i internetu, stąd przepraszamy za tak skąpą relację z poprzedniego odcinka.  Z Lone Pine na szlak udało nam się dostać „na raty” dzięki kierowcom, którzy zlitowali się nad dwójką hikerów z Polski i zaoferowali nam podwózkę do miejsca o nazwie Horseshoe Meadows.

Pilewski i Kot

Stamtąd ruszyliśmy na szlak PCT w kierunku Cottonwood Pass. Podejście „na dzień dobry” okazało się bardzo wymagające i na wysokość 3 696 m dotarliśmy po około 3 godzinach górskiej wspinaczki. Tego dnia noc spędziliśmy nieopodal przełęczy nad malowniczo położonym jeziorem Chicken Spring Lake. Kolejny dzień to marsz w stronę góry o nazwie Mount Whitney, z czym wiązało się zejście ze szlaku PCT. Posiadając pozwolenie od PCT Association, wspomnianą górę mogliśmy „atakować” jedynie od jej zachodniej strony, stąd nasz obóz wyjściowy założyliśmy w miejscu o nazwie Crabtree Meadows. Co ciekawe, w granicach łąki znajdowała się stacja lokalnego Rangera, którego nazwisko od razu przykuło naszą uwagę… PILEWSKI. O spotkaniu z Rangerem za chwile… 🙂 Na Mt. Whitney postanowiliśmy ruszyć z samego rana „na lekko” pozostawiając ciężki sprzęt na polu namiotowym. Wspinaczka na najwyższy punkt kontynentalnych Stanów Zjednoczonych nie sprawiła nam większych trudności, po za długim i mozolnym podejściem na prawie 4 400 m n.p.m. Całość, razem z zejściem zajęła nam około 8 godzin. Po powrocie do namiotu w chwili relaksu odwiedził nas wspomniany Ranger Pilewski. Zostaliśmy poproszeni o okazanie zezwoleń na pobyt na terenie Parku Narodowego Sequoia. Tak jak się spodziewaliśmy Ranger miał polskie korzenie i całkiem dobrze kojarzył polskie góry. Co ciekawe nie był to jedyny Ranger polskiego pochodzenia. Kilka dni później odwiedzając Ranger Station w miejscowości Bishop mieliśmy przyjemność zamienić kilka zdań ze Stanem Kotem, który zaskoczył nas nawet kilkoma wyrazami w naszym rodzimym języku. Po wspinaczce na Mt. Whitney przyszedł czas na najwyższy punkt na szlaku PCT. Była to przełęcz Forestera, która nie okazała się dla nas aż tak łaskawa. Stało się tak za sprawą burzy, która zatrzymała nas pod zboczami przełęczy. W pośpiechu i padającym gradzie rozbiliśmy więc namiot na około 3 500 m .n.p.m. Kolejny dzień przyniósł przejaśnienie i po około 2 godzinnym podejściu znaleźliśmy się na wysokości 4 009 m n.p.m. będącej wysokością Forester Pass.

Wędrówka po górach PCT

Od tego momentu można powiedzieć zaczęły się „prawdziwe” góry Sierra Nevada na szlaku Pacific Crest Trail. Wysokie i strzeliste granie, miejscami spora ekspozycja i bardzo zimne noce to tylko niektóre z atrakcji jakie po dziś dzień serwują nam Góry Sierra Nevada. Przez kilkanaście kolejnych dni zmagaliśmy się ze sporymi podejściami (przewyższenia około 1200 m dziennie) pod takie przełęcze jak Glen Pass, Pinchot Pass, Mather Pass, Selden Pass, czy najciekawsza z nich Muir Pass. O tej ostatniej warto wspomnieć ze względu na bardzo ciekawe podejście w głębokim śniegu i niepewnym terenie górskim.

Szlak PCT w kierunku tej przełęczy nie był widoczny, stąd idąc w jej kierunku trzeba było się sporo natrudzić brodząc często po kostki w wodzie i śniegu. Na samej przełęczy czekała nas miła niespodzianka pod postacią kamiennego schronu w którym mogliśmy odpocząć po wymagającym podejściu. Góry Sierra Nevada będą nam towarzyszyły przez przynajmniej kilka kolejnych tygodni. Krajobraz jaki mamy okazje oglądać jest zupełnie odmienny od tego z jakim zmagaliśmy się do tej pory na pustyni. Dostęp do wody w Sierra Nevada można powiedzieć nie stanowi żadnego problemu. Co ciekawe wody jest niekiedy w nadmiarze, szczególnie wtedy kiedy przychodzi nam pokonać kolejny strumyk, czy już całkiem szeroką rzekę. Kilka razy niestety przegraliśmy walkę z wartkim nurtem, śliskim pniem drzewa, czy niestabilnie stojącym kamieniem. Na szczęście nasz sprzęt elektroniczny był dobrze zabezpieczało etui wodoodporne Silva Dry Case, dzięki czemu będziemy z Wami dalej w kontakcie :)Przez ostatnie dni przebywamy średnio na wysokości 3000 m n.p.m. stąd zimne noce powoli stają się codziennością. Ogólnie góry Sierra Nevada to zupełnie inna bajka i słowo BAJKA jest tutaj jak najbardziej na miejscu 🙂

 



Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *