Pozdrowienia z Oregonu
Data: 2016-08-30

Zawitaliśmy właśnie do Oregonu i piszemy, co u nas.

W Mt. Shasta nie zabawiliśmy zbyt długo. Standardowa już wizyta w supermarkecie, bibliotece, a wieczorem pojawiliśmy się już na „trailheadzie” PCT przy autostradzie międzystanowej nr 5. Powrót na szlak to wędrówka w stronę malowniczych gór Trinity Alps. Góry z początku przypominały nam już dobrze znany krajobraz leśny, który po pewnym czasie zmienił się w mieszany leśno-skalisty. Noc 21/22 sierpnia spędziliśmy na malowniczo położonym „campie” z widokiem na górującą nad okolicą Mt. Shasta.

Kolejne dni to zaliczenie okrągłego 2500 kilometra trasy i przykry incydent związany z tajemniczą chorobą Grześka, która dopadła go nad ranem po wieczornej kolacji. Tego dnia niestety na szlak wyruszyliśmy bardzo późno i nie udało nam się zrealizować założonego planu przejścia 40 km. Po zażyciu kilku pigułek i odpoczynku, dnia następnego zatrucie zdawało się już ustępować i powróciliśmy do naszego standardu, czyli 40 km dziennie i więcej. Tak po przekroczeniu drogi prowadzącej do miasteczka Etna znaleźliśmy się na terenie Parku Marble Mountain o bardzo skalistym ukształtowaniu. Wiele podejść, wspinaczki po trudnym terenie dawały nam mocno w kość, jednak nie poddając się, zrealizowaliśmy założony przez nas plan. Kierowaliśmy się wtedy w kierunku miasteczka o nazwie Seiad Valley, gdzie mieliśmy dokonać małych zakupów na kolejny odcinek dzielący nas od miasta Ashland. Na szlaku dowiedzieliśmy się, że w Seiad w sobotę (27 sierpnia) odbywać się będzie spora impreza, stąd nasza motywacja i gotowość bojowa wzrosła znacznie 🙂

W drodze do tego miejsca mieliśmy kolejne bardzo bliskie spotkanie z futrzanymi mieszkańcami lasu, czyli niedźwiedziami. Idąc (Grzesiek) szlakiem, w pewnym momencie usłyszałem spory hałas i zamieszanie, jakie wywołała moja osoba zaraz za zakrętem. Okazało się, że to niedźwiedzica z dwójką małych (najprawdopodobniej szukały pożywienia) i na mój widok wpadły w sporą panikę. Młode w tempie sprintera wdrapały się na ok. 20 mm szczyt drzewa – „matka” zaś oddaliła się w nieznanym kierunku. Idąc dalej, rozglądaliśmy się za wracającą po młode niedźwiedzicą, która po pewnym czasie ukazała się w swojej pełnej postaci, biegnąc w stronę szlaku PCT. Zatrzymaliśmy się i czekaliśmy na jej ruch, jednak ta, kiedy nas zauważyła, błyskawicznie zrobiła zwrot i w bardzo szybkim biegu uciekła w dół góry. Dla nas był to dosyć stresogenny incydent, ale widocznie dla samego zwierzaka również 🙂

Tego samego dnia ok. 15:00 zameldowaliśmy się w mieście, gdzie panowała rzeczywiście sielankowa atmosfera. Najprawdopodobniej byliśmy świadkami najbardziej doniosłego wydarzenia w tym miasteczku, które na co dzień jest spokojnym i niczym nie wyróżniającym się miejscem w Północnej Kalifornii. Kalifornii, którą powoli opuszczaliśmy… Przed wejściem w „czeluść” Oregonu mieliśmy jeszcze okazję zaobserwować pożar, jaki miał miejsce po drugiej stronie doliny Seiad Valley, którego efekty doskwierały i nam. Przez prawie dwa dni wędrowaliśmy w gęstym dymie i zapachu drzewnej spalenizny. Słońce z trudem przebijało się przez tę gęstwinę, a nad ranem na namiocie zalegała spora warstwa pyłu. Słońca nie zobaczyliśmy i dnia następnego, kiedy przekraczaliśmy granicę z Oregonem, który słynie z deszczowej i chmurnej pogody 🙂 Od teraz, jak niesie legenda PCT, powinno być trochę łatwiej, bo i góry niższe, jednak czy tak będzie, to się okaże….:)



Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *